tmp34D.htm

ROZDZIAŁ I - BEZ PUNKTÓW

ZACZĘŁO SIĘ NA „ŚWINTUCHU"

Za datę powstania Klubu Sportowego „Proszowianka" przyjęto rok 1916. Czy słusznie? Napis w jednej z klubowych kronik głosi: - Pierwsze mecze piłkarskie [w Proszowicach] odbywały się już w 1916 roku i tę datę przyjęliśmy jako rok założenia klubu. Natomiast oficjalnie klub został założony w 1921 roku. Już ta notatka mówi, że w okresie I wojny światowej grano wprawdzie w Proszowicach w piłkę, ale gdyby być jej wiernym do końca to za datę założenia klubu należałoby przyjąć rok 1921, a więc w tym roku obchodzilibyśmy dopiero 80. rocznicę jego założenia.

Druga sprawa, która wiąże się z początkami klubu, to opinia, że miejscowych nauczyli grać w piłkę stacjonujący w Proszowicach Austriacy. Co prawda żadne dokumenty, które potwierdzałyby ten fakt raczej nie istnieją, to jednak wydaje się to bardzo prawdopodobne. W wyniku działań wojennych I wojny światowej Proszowice znalazły się pod okupacją austriacką już w roku 1914 i tkwiły w niej aż do odzyskania niepodległości w 1918. - Aby pozyskać ludność polską Austriacy zezwolili na wprowadzenie języka polskiego do urzędów i szkół, na kontynuację działalności społecznej wielu organizacjom rolniczym i kulturalnym, jak kółka rolnicze, organizacje spółdzielcze, kółka artystyczne - czytamy w monografii „Proszowice. Zarys dziejów do roku 1939".

Można z tego wnioskować, że stosunki pomiędzy - było nie było - okupantami a miejscowa ludnością nie były bardzo wrogie. Dlatego wersja mówiąca, że to właśnie oni nauczyli miejscowych zasad futbolu wydaje się prawdziwa. W Austrii futbolowe tradycje były już wtedy bardzo silne a i w Polsce, i to w pobliskim Krakowie, pierwsze kluby istniały już od 10 lat. Gra Polaków z żołnierzami okupacyjnej armii również chyba nie była niczym wyjątkowym, skoro mecze piłkarskie były w Proszowicach rozgrywane pomiędzy Polakami a żołnierzami niemieckimi nawet w czasie II wojny światowej.

Zresztą wersję, że w roli nauczycieli futbolu wystąpili żołnierze, potwierdza Stanisław Głąbski. Jego wujek, Henryk Grzesik (ur. 1901) był wśród tych. którzy pobierali pierwsze piłkarskie lekcje. - Żołnierze austriaccy mieli swój posterunek na parceli. Byli to zresztą przeważnie Czesi i Polacy z Krakowa. Z reguły stacjonowali tu żołnierze w średnim wieku i młodzi, z różnych względów nie nadający się na front, na przykład byli ranni. To właśnie oni w wolnych chwilach chadzali na pobliskie błonia, wtedy nazywane „świntuchem". Miejscowi, cztemasto-, piętnastoletni chłopcy wypasali tu gęsi, krowy. Żołnierze początkowo grali sami, bramki robili sobie z plecaków lub ubrań i kopali. Później zaczęli zapraszać do gry również tych miejscowych. W zamian za to, że z nimi grali, czasem dawali im tytoń i papierosy dla ojców — tak, na podstawie relacji wujka opowiada Stanisław Głąbski o pradziejach proszowickiego futbolu.

Ponoć z czasem w futbolowych meczach na „świntuchu" zaczęli brać udział nieco starsi chłopcy, członkowie Polskiej Organizacji Wojskowej. Dla nich była to doskonała przykrywka do organizowania zakazanych przez okupantów zbiórek. Podczas takich spotkań przekazywali sobie informacje i wyznaczali zadania dla członków. Jeżeli jest to prawda, a nie ma powodów, żeby w to wątpić, to dzieje proszowickiego piłkarstwa zawierają także epizod patriotyczny.

TOWARZYSKIE POCZĄTKI (1918-1939)

Bardzo niewiele wiadomo o początkach futbolu w Proszowicach w czasach Polski niepodległej. Wspomniana już wcześniej klubowa kronika podaje nazwiska siedmiu osób - założycieli klubu. Są nimi: Feliks Lutowski, Franciszek Jelonkiewicz (s. Józefa), Franciszek Jelonkiewicz (s. Wacława), Piotr Pomykalski, Stanisław Bujakowski, Jan Bujakowski i Piotr Staszkiewicz. Nazwiska pozostałych nie zachowały się w pamięci autorów kroniki co tłumaczy fakt, że została założona dopiero w 1994 roku.

Najstarsze zdjęcia na jakie udało nam się natrafić pochodzą z drugiej połowy lat 30. Nie udało się natomiast zdobyć zapisów lub dokumentów, na podstawie których można by dowiedzieć się czegoś na temat zasad funkcjonowania klubu czy rezultatów rozgrywanych spotkań. Z tego powodu naszą wiedzę o tamtym okresie czerpaliśmy ze wspomnień (ich autorów jednak w wielu momentach zawodziła pamięć) i przekazów ustnych. Najstarsze z nich sięgają lat 30.

Mecze były wówczas rozgrywane w tym samym miejscu co teraz. Najprawdopodobniej boisko powstało tu mniej więcej w tym czasie, w którym założono proszowicki park. - 22 października 1922 roku został założony na obszarze 6 mórg pastwisk park miejski (...). W bezpośredniej bliskości znajdowało się błonie miejskie o powierzchni 92 mórg, na któ­rym wypasano przede wszystkim gęsi, krowy, konie i kozy - głosi cytowana już wcześniej monografia Proszowic. Można się domyślać, że właśnie na tym błoniu wyznaczono boisko do gry. Obok boiska nie było żadnej infrastruktury. Zawodnicy po meczu kąpali się z reguły w rzece, czasem korzystali z budynku łaźni żydowskiej położonej przy dzisiejszej ulicy Parkowej. Nikt też placem do gry specjalnie się nie zajmował. Gdy miał być rozgrywany mecz to ten, kto miał trochę wapna i wolnego czasu po prostu malował linie.

Mecze rozgrywano najczęściej w okresie wakacji. Wiązało się to z tym, że trzon zespołu stanowili uczniowie, którzy na co dzień uczyli się poza Proszowicami (najczęściej w Miechowie) a do rodzinnej miejscowości przyje­żdżali na dłużej właśnie w czasie wolnym od nauki. To oni, jako „obyci w wielkim świecie" mieli możliwość oglądania meczów piłkarskich w innych miejsco­wościach i przenosili to na proszowicki grunt. Ponieważ z reguły byli to synowie zamo­żniejszych rodziców (tylko takich było stać na zapewnienie dzieciom w miarę solidnego wykształcenia) zwykle jako jedyni dysponowali sprzętem odpowied­nim do gry. O ile bowiem jednakowe koszulki jakoś udawało się organizować to już buty stanowiły większy wydatek i po­za nielicznymi wyjątkami każdy grał w tym co miał, z reguły w prostych trzewikach bez korków.

Mieczysław Bucki, który w tym okresie grywał w piłkę, ale głównie zajmował się pomocą przy organizacji spotkań wspomina, że w latach 30. uczniami, którzy organizowali drużynę byli: Maksym Kubacki (syn właściciela restauracji), bracia Jerzy i Kazimierz Lewińscy (synowie organisty), Edward Kubacki (syn adwokata) i Józef Łakomski. To właśnie oni mieli dobierać sobie najlepiej grających spośród pozostałych młodych proszowian i tworzyć drużynę. Grupa zawodników grających w piłkę jeszcze przed wojną była bardzo liczna. Cytowana już klubowa kronika podaje kilkadziesiąt nazwisk. Jeden z ówczesnych piłkarzy Władysław Skalski zmarł kilka tygodni temu nie opuszczając niemal żadnego meczu w Proszowicach. Na wspomnienie zasługują zwłaszcza ci, którzy nie przeżyli wojny. Jednym z nich był Zdzisław Tomaszkiewicz, który za działalność w ruchu oporu został przez hitlerowców skazany na rozstrzelanie. Jego przyjaciel Mieczysław Bucki wspomina, że jakimś cudem udało mu się przeżyć egzekucję (wykonano ją w Miechowie), ale podczas przewożenia ciał rozstrzelanych na cmentarz „Dzidas" spróbował ucieczki i wtedy zastrzelił go polski żandarm. Jeszcze tej samej nocy wyrok na owym żandarmie wykonali partyzanci. W czasie wojny zginął najprawdopodobniej również grający w Proszowiance Żyd Mojsze Herszlewicz, który w latach 30. Był nawet kapitanem drużyny. - Meczeczasem były rozgrywane w sobotę, gdy Żydzi mieli święto. A Mojsileon - tak na niego mówiliśmy - żadnego meczu nie przepuścił. Dlatego potem ojciec sprał go i wygonił z domu. Musieliśmy go potem przez tydzień żywić. Bardzo dobrze grał w piłkę w bramce i na skrzydle. W czasie okupacji pilnował porządku wśród ludności żydowskiej. Później nigdy go już nie widziałem, podobno go rozstrzelali - wspomina Mieczysław Bucki. W pamięci najstarszych kibiców zapisał się również z pewnością Feliks Skalski (ps. Magany), świetnie wysportowany - po każdym udanym zagraniu robił na boisku salta.

Mecze jakie wówczas rozgrywano miały charakter towarzyski. Przed wojną drużyna z Proszowic nie brała udziału w zorganizowanych rozgrywkach ligowych. Powód tego był bardzo prozaiczny. W zawodach tego typu grały głównie zespoły z Krakowa. Regularne mecze z nimi wiązałaby się z koniecznością systematycznych dojazdów. Dlatego rywalami Proszowianki były przede wszystkim drużyny z Nowego Brzeska, Skalbmierza, Kazimierzy Wielkiej, dokąd można było dojechać najpowszechniejszym wtedy środkiem transportu - wozem konnym. - W Proszowicach tylko właściciel sklepu kolonialnego miał motor z przyczepą. Samochodów nie było. Jak jechaliśmy do Skalbmierza, tośmy wynajmowali Jana Kubackiego, co go przezywali Pasiok. Ale co to była za jazda. Pod górę mówił: chłopcy, chłopcy zejdźcie bo koniom ciężko. No tośmy poschodzili. Z góry mówił: zejdź­cie bo konie nie wyhamują. Co to było śmiechu, na jednym wozie cała drużyna i jeszcze kibice. W sumie ze 20 osób. Raz jechaliśmy ze Skalbmierza to całą drogę rwaliśmy marchew z pól, bo tacy wszyscy byli głodni. Nikt nie nam nie pomagał, ale zapał do sportu mieliśmy ogromny - opowiada M. Bucki. Z kolei do Proszowic, oprócz rywali lokalnych, przyjeżdżała również drużyna żydowska z Krakowa - Maccabi. W okresie letnim drużyny z regionu miały zwyczaj rozgrywać pomiędzy sobą turnieje, w których puchary dla zwycięzców fundowali gospodarze. Alfred Bednarski, autor monografii Nadwiślanki Nowe Brzesko przypomina sobie, że w 1938 zwycięzcami takiego właśnie turnieju byli proszowianie.

Na mecze przychodziło ponoć w okresie międzywojennym całkiem sporo ludzi, w tym wielu Żydów, którzy chcieli oglądać w akcji „swojego" Herszlewicza. Gra była wtedy zupełnie inna niż dzisiaj. - Jak ktoś dopadł piłkę na skrzydle, to leciał z nią na oślep w stronę bramki dotąd, aż mu ją odebrali - wspominają przedwojenni piłkarze. Wynikało to z tego, że kontakty z drużynami prezentującymi wyższą kulturę gry praktycznie nie istniały.

Podczas spotkań sprzedawano bilety w formie bloczków po 10, 20 i 50 groszy. Mecze prowadził najczęściej fryzjer Pilniakowski uchodzący za największego znawcę sędziowskiego fachu w Proszowicach. Grano piłką, którą ktoś uszył ręcznie. W środku był gumowy szlauch, który nadmuchiwało się ustnie i zawiązywało. „Cycek", który wystawał chowało się do środka, a piłkę się sznurowało smyczą z rzemienia. Oczywiście zdarzało się, że wiązanie nie wytrzymywało i z piłki robiła się „szmata". Nieco później piłki były wyposażone w wężyki i można je było nadmuchiwać pompką. Zdjęcia z koń­ca lat 30. świadczą o tym, że przed wybuchem II wojny światowej piłka nożna w Proszowicach osiągnęła już nieco wyższy poziom. Zawodnicy prezentują się w jednakowych białych koszulkach i spodenkach, jednakowych piłkarskich getrach, a na nogach nie mają trzewików tylko buty do gry.

POTYCZKI OKUPACYJNE (1939-45)

W miarę regularne rozgrywanie spotkań piłkarskich w Proszowicach przerwał wybuch II wojny światowej. Mimo to nawet w tym okresie z futbolowych potyczek nie zrezygnowano całkowicie. Mieczysław Skurczyński, który po Herszlewiczu przejął opaskę kapitana proszowickiej drużyny wspomina, że 15 sierpnia 1942 roku, z okazji odpustu odbył się w Proszowicach mecz pomiędzy miejscowym zespołem a drużyną złożoną z piłkarzy krakowskich (z różnych klubów). Mieczysław Bucki tak wspomina mecz rozegrany w czasie hitlerowskiej okupacji pomiędzy zawodnikami miejscowymi a drużyną złożoną z niemieckich żołnierzy: - Pamiętam ten mecz dobrze. Pracowałem wtedy w zakładzie fryzjerskim, który mieścił się w domu u Wciśłińskiego, na Rynku. To brło "' niedzielę. W niedziele pracowaliśmy do 12, taki był nakaz Niemców. Poszliśmy na mecz po zamknięciu zakładu. Rozegrany był nie koło parku, bo boisko było w tym czasie zaorane, ale na podmokłym błoniu koło\Szreniawy. Było chłodno i mokro, to była jesień, błoto. Nasi przegrali, bo musieli przegrać. Zmarzliśmy, więc po meczu poszliśmy do Kozubiny. Wzięliśmy pół litra przepalanki i coś do jedzenia na gorąco.

Z opisywanego meczu pochodzi prawdopodobnie zdjęcie, które udostępnił nam Jacek Doniec. Zawodnicy z Proszowic stoją w strojach dość przypadkowych, niejednolitych. W większości ubrani dość ciepło (długie rękawy). Stojący obok kibice ubrani są w płaszcze, ciepłe kurtki, czapki. Na zdjęciu widać też żołnierza lub żandarma niemieckiego w mundurze i piłkarza z drużyny niemieckiej w piłkarskim stroju. Z tyłu widnieje data 1943 i wynik 4-1. Tych meczów z Niemcami rozegrano prawdopodobnie dwa.

W klubowych zbiorach znajduje się też bardzo zniszczone już zdjęcie przedstawiające drużynę z Proszowic. Z tyłu widnieje również data 1943 i nazwiska 9 zawodników: Mieczysław Skurczyński, Bolesław Jelonkiewicz, KazimierzStopiński, Jan Pawłowski, Alfred Dzikowski, Jerzy Pawłowski, Andrzej Mąsiorski, Feliks Skalski, Feliks Sobolewski. Nazwiska dwóch zawodników opatrzone są podpisem: nieznajomy. Najprawdopodobniej jednak podpisując je ktoś się pomylił i mecz, z którego pochodzi fotografia, rozegrano już po wojnie.

W RAMACH LZS (1946-56)

Po zakończeniu II wojny światowej Proszowianka weszła w skład Zrzeszenia Ludowe Zespoły Sportowe. Boisko przy parku znów zaczęło pełnić swoją funkcję. Zdaniem Henryka Pomykalskiego, zawodnika Proszowianki w latach 1956-74, znajdowało się ono wówczas nieco bliżej parku niż obecnie. Dopiero później - podczas jego modernizacji w połowie lat 50. zostało wytyczone w miejscu, gdzie znajduje się do dzisiaj. Nie wszyscy jednak potwierdzają tę informację. Zdaniem Janusza Liguzińskiego boisko cały czas istniało w tym samym miejscu, a na terenach z nim sąsiadujących znajdowały się boiska do siatkówki i koszykówki (rozgrywane tu często zawody siatkówki i koszykówki cieszyły się ogromną popularno­ścią). Wspomina on, że trzon zespołu z Proszowic stanowili tuż po wojnie: bramkarz Czesław Czyżewski, Andrzej Mą-siorski, Feliks Skalski, Henryk Winnicki i Tadeusz Sadowski. Grali też inni znani z występów przed wojną: Mieczysław Skurczyński (dopóki nie przeniósł się do Wałbrzycha, gdzie był piłkarzem ligowym), Jan Kubacki i inni. W pamięci kibi­ców utkwiły zwłaszcza wyczyny Skalskiego, który podczas jednego meczu miał nawet złamać piłką drewnianą jeszcze wtedy poprzeczkę bramki.

W pierwszych powojennych latach funkcjonowanie piłki nożnej niewiele różniło się od tej przedwojennej. Na mecze nadal zawodnicy jeździli wozami konnymi, a zdarzało się, że niektórzy występowali na boisku boso. Zanim jeszcze ruszyły regularne rozgrywki ligowe kontynuowana była też przedwojenna tradycja rozrywania turniejów towarzyskich. Alfred Bednarski mówi, że w 1946 roku rozegrano w Proszowicach taki właśnie turniej (prawdopodobnie okazją do jego zorgani­zowania było 30-lecie istnienia Proszowianki). W półfinałach Proszowianka pokonała Bronowiankę, natomiast Nadwiślanka wygrała ze Słomniczanką. W finale Nadwiślanka wygrała z Proszowianką 3-1. W turniejach tych mogli brać udział za­wodnicy pochodzący z danej miejscowości na co dzień występujący w innych klubach. W zespole gospodarzy występował wtedy zawodnik Cracovii rodem z Proszowic Jerzy Pawłowski.

Z połową lat 50. związany jest ciekawy i mało znany epizod w proszowickim piłkarstwie. Przez pewien czas istniały tu bowiem obok siebie dwa kluby jednocześnie. Gdy w 1954 roku Proszowice stały się miastem powiatowym i powstał Po­wiatowy Zarząd Gminnych Spółdzielni, powołano przy nim klub o nazwie Sparta. Do nowego klubu przeszli głównie mło­dzi zawodnicy z Proszowianki, skuszeni dobrymi warunkami organizacyjnymi. W Proszowiance pozostali starsi gracze, którzy w konfrontacji ze Spartą zwykle przegrywali. Sparta istniała jednak krótko, po około 2 latach klub zniknął na zaw­sze ze sportowej mapy miasta.

W tym czasie Proszowianka brała już udział w regularnych rozgrywkach powołanej w 1949 roku klasy B. Została do niej zgłoszona najprawdopodobniej w roku 1950. Świadczy o tym wypowiedź jakiej udzielił „Tempu" w 1959 roku były pił­karz Proszowianki a wtedy kierownik drużyny Tadeusz Sadowski. Gdy Proszo­wianka awansowała do klasy A i w 1960 miała tam zadebiutować powiedział: - Już od kilku lat znajdowaliśmy się w czołówce B klasy, lecz dotychczas ani razu nie mogliśmy zająć pierwszego miejsca, które uprawniałoby nas do awansu do wyższej klasy, tj. A. (...) Uważano nas za jedną z groźniejszych drużyn grupy. Doszło nawet do tego, że mieszkańcy Proszowic chcieli w tym roku zorganizować jubileusz z okazji 10-letniego pobytu w B klasie. Z drugiej jednak strony nie natknęliśmy się na żadne wzmianki prasowe, które potwierdziłyby udział klubu z Proszowic w rozgrywkach w I połowie lat 50. Pierwsze informacje na temat gry drużyny w klasie B pochodzą z roku 1957.

Rok wcześniej, w 1956 roku nastąpiła wspomniana wcześniej modernizacja boiska Proszowianki. Poprawiono stan boiskowej płyty, wokół niej powstała nowa bieżnia, boisko zostało ogrodzone. Pracami kierował ówczesny prezes klubu a jednocześnie dyrektor i nauczyciel języka rosyjskiego w proszowickim Liceum Ogólnokształcącym Władysław Nagrodzki (ps. Batiar) - więzień sowieckich łagrów i człowiek wielce zasłużony dla rozwoju proszowickiej piłki nożnej po II wojnie światowej. Roboty wykonywali głównie uczniowie miejscowego Liceum. Trwały przez rok, ale nie wykonano wszystkiego co zaplanowano. Piłkarze występowali w tym czasie na błoniach nadszreniawskich, w rejonie dzisiejszej wytwórni lodów. Boisko było nieogrodzone a pieniądze za wstęp były zbierane „do kapelusza". Za szatnię służył dom jednego z zawodników, mieszkającego w pobliżu Włodzi­mierza Jelonkiewicza (w czasie gdy grano na boisku obok parku szatnia mieściła się na Rynku, w domu jednego z działa­czy klubowych Mieczysława Miechowickiego).